Kategoria: Żużel

  • Mateusz Szczepaniak o kontrowersji w ostatnim meczu Stali i zaległościach z Unii Tarnów

    Mateusz Szczepaniak o kontrowersji w ostatnim meczu Stali i zaległościach z Unii Tarnów

    Mateusz Szczepaniak w rozmowie po meczu Stali Rzeszów odniósł się do dwóch istotnych tematów – sytuacji w ostatnim wyścigu ligowego spotkania oraz zaległości finansowych, jakie ma wobec niego Unia Tarnów. Doświadczony zawodnik wyraził swoje emocje w związku z zgaśnięciem motocykla na starcie kluczowego biegu, a także poruszył kwestie długów sięgających około pół miliona złotych.

    Kluczowe informacje

    • Szczepaniak potwierdził, że Unia Tarnów ma wobec niego zaległości finansowe, które wynoszą około 500 tysięcy złotych.
    • Zawodnik wyjawił, że dźwignia sprzęgła zsunęła mu się z palców, co spowodowało zgaśnięcie motocykla w ostatnim wyścigu.
    • Po sezonie 2026 Szczepaniak ma opuścić Stal Rzeszów, ponieważ klub poinformował go, że nie będzie dla niego miejsca w składzie na 2027 rok.
    • Zawodnik zaznaczył, że gdyby zsumować długi wszystkich klubów, które się z nim nie rozliczyły, uzbierałaby się znaczna kwota.

    Awaria w kluczowym momencie

    Ostatni mecz w barwach Stali Rzeszów mógł potoczyć się inaczej. Szczepaniak, będący liderem zespołu, miał szansę na zwycięstwo w ostatnim biegu. Niestety, zdarzyło się coś niespodziewanego.

    – W ostatnim biegu chciałem podjechać pod taśmę, gdy z palców zsunęła mi się dźwignia sprzęgła i motocykl zgasł – wyjaśnił zawodnik.

    Taki błąd w decydującym momencie to rzadkość u doświadczonego żużlowca. Ta sytuacja zdominowała pomeczowe rozmowy, a kibice zastanawiali się, czy zawinił sprzęt, czy może czynnik ludzki. Szczepaniak nie szukał wymówek i przedstawił fakty, nie ukrywając rozczarowania.

    Cień Tarnowa wciąż obecny

    Drugi wątek poruszony przez zawodnika dotyczy wieloletnich zaległości finansowych ze strony Unii Tarnów. Klub, który od lat zmaga się z problemami organizacyjnymi, wciąż nie rozliczył się z jednym ze swoich byłych liderów.

    – To prawda, że Unia ma zaległości wobec mnie – potwierdził Szczepaniak.

    Z informacji dotyczących sytuacji finansowej tarnowskiego klubu wynika, że dług wobec Szczepaniaka mógł sięgnąć nawet pół miliona złotych. To znacząca kwota, zwłaszcza że Szczepaniak był jednym z najbardziej lojalnych zawodników Unii przez wiele lat.

    Nie tylko Tarnów

    Interesujące jest to, że sprawa tarnowska to nie jedyny przypadek, gdy klub nie wywiązał się z umowy wobec Szczepaniaka. W jednej z wcześniejszych wypowiedzi zawodnik przyznał, że lista dłużników jest dłuższa.

    – Gdybym to wszystko zsumował, trochę pieniędzy by się uzbierało – stwierdził, nie wdając się w szczegóły dotyczące innych klubów.

    Obecnie Szczepaniak stara się oddzielać sport od problemów finansowych. Przed ostatnimi meczami podkreślał, że chce się ścigać i czerpać radość z jazdy. Żużel jest dla niego pasją, co widać na torze, mimo że za kulisami wciąż toczy walkę o swoje należności.

    Co dalej z karierą?

    Temat Szczepaniaka stał się głośny także z innego powodu. Po sezonie 2026 zawodnik opuści Stal Rzeszów, ponieważ klub już wcześniej poinformował go, że nie przewiduje dla niego miejsca w składzie na kolejny rok. To oznacza, że Szczepaniak będzie musiał szukać nowego pracodawcy.

    Sytuacja jest skomplikowana, ponieważ na rynku jest wielu młodych, perspektywicznych zawodników, a kluby ostrożnie podchodzą do kontraktowania starszych żużlowców. Szczepaniak jednak udowodnił, że potrafi być wartością dodaną dla zespołu – zarówno na torze, jak i w parku maszyn.

    Jego przyszłość pozostaje niepewna, ale jedno jest pewne: dopóki ma motywację do jazdy, będzie o nią walczył, nawet jeśli za plecami ma nierozwiązane sprawy sprzed lat.


    Źródła

  • Toruńska Motoarena bije rekordy frekwencji, Drużyna i Dudek piszą historię

    Toruńska Motoarena bije rekordy frekwencji, Drużyna i Dudek piszą historię

    Sezon 2025 na Toruńskiej Motoarenie zapisuje się w historii nie tylko dzięki sportowym emocjom, ale także imponującym liczbom. Toruński obiekt osiągnął drugą najwyższą średnią frekwencję w PGE Ekstralidze, wynoszącą 13 029 kibiców na mecz, ustępując jedynie Wrocławiowi. Do rekordu wszech czasów wciąż jednak brakuje.

    • 17 500 widzów – najwyższa frekwencja Toruńskiej Motoareny padła 15 września 2013 roku podczas meczu Unibax Toruń – Stelmet Falubaz Zielona Góra.
    • 13 029 kibiców – średnia frekwencja na meczach toruńskiego zespołu w sezonie 2025 w PGE Ekstralidze.
    • 74:16 – najwyższe drużynowe zwycięstwo na Toruńskiej Motoarenie, odniesione 7 września 2014 roku z Wybrzeżem Gdańsk.
    • 57,26 s lub 57,56 s – rekordy toru należące odpowiednio do Ryana Sullivana (sprzed przebudowy) i Bartosza Zmarzlika (po 2017 roku).
    • 13 punktów – dorobek Patryka Dudka w jednym z kluczowych finałowych meczów na toruńskim owalu.

    Historia pisana wynikami

    Toruńska Motoarena od lat gości widowiskowe spotkania. Do najbardziej okazałych triumfów gospodarzy należy rekordowe 74:16 z Wybrzeżem Gdańsk, a także 64:26 z Unią Tarnów (9 maja 2010) oraz 63:27 z tym samym rywalem z Gdańska (15 kwietnia 2012). Pierwszy ligowy mecz na tym obiekcie Toruń wygrał 48:42 z Unią Leszno.

    W fazie zasadniczej sezonu 2025 domowe mecze Drużyny przyciągnęły blisko 90 tysięcy kibiców. To dowód na to, że zainteresowanie żużlem w Toruniu nie maleje, a stadion regularnie wypełnia się fanami tego sportu.

    Rekordy toru i zamieszanie z pomiarami

    Kwestia rekordów toru na Toruńskiej Motoarenie wymaga wyjaśnienia. Po przebudowie nawierzchni w 2017 roku wszystkie dotychczasowe wyniki zostały wyzerowane, a nową erę otworzył Leigh Adams czasem 58,06 s. Później poprawiali go między innymi Greg Hancock i Bartosz Zmarzlik.

    W zestawieniach sprzed modernizacji rekordzistą figuruje Ryan Sullivan z czasem 57,26 s (13 września 2009 roku, mecz Unibax Toruń – Włókniarz Częstochowa). Po przebudowie najszybszy był Zmarzlik, który okrążył tor w 57,56 s. Oba wyniki funkcjonują równolegle, każdy w swoim porządku statystycznym.

    Dudek i Janowski – dwie strony medalu

    Patryk Dudek stał się jednym z kluczowych graczy toruńskich sukcesów na domowym owalu. Jego 13 punktów w meczu finałowym sezonu 2025 to wynik, który kibice zapamiętają na długo. Dudek regularnie dostarcza emocjonujących akcji i jest postacią, wokół której buduje się atmosferę wielkich żużlowych wydarzeń na Toruńskiej Motoarenie.

    Z drugiej strony Maciej Janowski, kapitan Betard Sparty Wrocław, przeżywa trudniejsze chwile. W jednym z ostatnich spotkań ligowych – zremisowanym 45:45 – zdobył zaledwie 3 punkty w pięciu startach. To dorobek poniżej oczekiwań wobec lidera drużyny, który niedawno przedłużył kontrakt z wrocławskim klubem.

    Toruńska Motoarena jako fenomen frekwencyjny

    Toruński stadion dowodzi, że nawet bez regularnych walk o mistrzostwo Polski można przyciągać tłumy. Druga średnia frekwencja w lidze i blisko 90 tysięcy widzów w sezonie zasadniczym 2025 roku to imponujący wynik. Rekordowe 17 500 osób z 2013 roku wciąż pozostaje niedoścignionym wzorem, ale obecne liczby pokazują stabilne zainteresowanie żużlem w Toruniu.

    Toruńska Motoarena żyje nie tylko sportem, ale także pasją kibiców, która rok w rok wypełnia trybuny. A gdy dołożymy do tego indywidualne wyczyny takich zawodników jak Dudek, otrzymujemy pełny obraz miejsca, które zasłużenie nosi miano jednego z najważniejszych punktów na żużlowej mapie Polski.


    Źródła

  • Łaguta przedstawia receptę na półfinałowy rewanż: Dwa tygodnie treningów i powtórka z Torunia

    Łaguta przedstawia receptę na półfinałowy rewanż: Dwa tygodnie treningów i powtórka z Torunia

    Artiom Łaguta nie poddaje się po bolesnej porażce Betard Sparty Wrocław w pierwszym meczu półfinałowym PGE Ekstraligi. Rosjanin przyznał, że jego drużyna została zaskoczona w Toruniu, ale od razu przedstawił plan przygotowań do rewanżu. Lider Sparty zapowiedział dwa tygodnie intensywnych treningów i przypomniał, że zespół potrafił już pokonywać najsilniejszych rywali w tym sezonie.

    Kluczowe informacje

    • Artiom Łaguta zapowiedział dwa tygodnie intensywnych przygotowań Sparty przed rewanżowym półfinałem.
    • Wrocławianie chcą w rewanżu pojechać tak skutecznie, jak Toruń w pierwszym spotkaniu.
    • Łaguta przypomniał o pogromie Motoru Lublin 59:31 na Stadionie Olimpijskim jako dowodzie siły Sparty.
    • Sparta musi odrobić 20-punktową stratę po porażce 35:55 na wyjeździe.
    • Rosjanin zdobył 12+2 punkty w zwycięskim meczu z Motorem w rundzie zasadniczej.

    Toruńska lekcja pokory

    Pierwszy półfinał w Toruniu okazał się dla wrocławian zimnym prysznicem. Toruń pokonał Spartę 55:35, stawiając się w roli zdecydowanego faworyta do awansu. Po tym spotkaniu Łaguta nie szukał wymówek, tylko przeszedł do konkretów.

    "Będziemy teraz dwa tygodnie trenować, a w rewanżu będziemy chcieli pojechać tak, jak Toruń pojechał u siebie" – powiedział Rosjanin, dając jasny sygnał, że Sparta nie zamierza odpuszczać. Te słowa pokazują, że wrocławianie wyciągnęli wnioski z dotkliwej lekcji i chcą skopiować receptę rywala na własnym torze.

    Co ciekawe, Łaguta przyznał, że torunianie zaskoczyli Spartę czymś, na co wrocławianie nie byli przygotowani. Nie zdradził jednak szczegółów, by nie dawać przeciwnikom dodatkowych wskazówek przed rewanżem.

    Wspomnienie pogromu Motoru

    Lider Sparty nieprzypadkowo przywołał mecz z Orlen Oil Motorem Lublin z rundy zasadniczej. Wrocławianie rozbili wówczas mistrzów Polski 59:31 na własnym stadionie, a sam Łaguta zdobył 12 punktów i 2 bonusy. Ten wynik pokazuje, że gdy Sparta złapie swój rytm na Stadionie Olimpijskim, potrafi pokonać każdego.

    Motor przegrał tamto spotkanie różnicą 28 punktów – niemal identyczną, jakiej Sparta potrzebuje teraz do odrobienia strat z Torunia. Łaguta doskonale o tym wie i dlatego wraca do tego meczu jako punktu odniesienia.

    W rundzie zasadniczej Sparta zdobyła też punkt bonusowy za dwumecz z Motorem, wygrywając w sumie 94:86. To dowód, że wrocławianie potrafią być skuteczni nie tylko w pojedynczych spotkaniach, ale i w dłuższej perspektywie.

    Realne szanse na odrobienie strat

    Dwadzieścia punktów straty to dużo, ale nie jest to wynik niemożliwy do odrobienia na własnym torze. Sparta w tym sezonie udowodniła, że na Stadionie Olimpijskim potrafi dominować nad każdym. Kluczem będzie jednak nie tylko szybka nawierzchnia, ale i odpowiednie nastawienie psychiczne zawodników.

    Łaguta swoją wypowiedzią próbuje zbudować w zespole przekonanie, że awans jest wciąż możliwy. Rosjanin wie, że jeśli Sparta pojedzie na swoim poziomie, może sprawić niespodziankę. Problem w tym, że Toruń w obecnej formie wygląda na zespół kompletny, który potrafi punktować nawet na trudnych terenach.

    Wrocławianie mają dwa tygodnie na szlifowanie formy. Jeśli wykorzystają ten czas tak, jak zapowiada Łaguta, rewanż może dostarczyć emocji na najwyższym poziomie. Sparta potrzebuje jednak nie tylko szybkiego toru, ale i stuprocentowej skuteczności wszystkich swoich liderów.

    Historia daje nadzieję

    Wspomnienie meczu z Motorem to nie tylko chwyt retoryczny. To realny argument za tym, że Spartę stać na wielkie rzeczy. Tamten pojedynek pokazał, że gdy wrocławianie są w dobrej formie, potrafią zdemolować nawet najmocniejszych rywali. Motor przyjechał wtedy do Wrocławia jako lider tabeli, a wyjechał z bagażem 28 punktów straty.

    Łaguta chce, by ten scenariusz powtórzył się w półfinale. Rosjanin stawia sprawę jasno: dwa tygodnie ciężkiej pracy i pełna koncentracja mają przynieść efekt w postaci powtórki z Torunia. Czy Toruń podzieli los Motoru? Przekonamy się już wkrótce.


    Źródła

  • Kuriozalna decyzja lekarza Stali trafi do PZM. Ekstraliga reaguje na skandal w Gorzowie

    Kuriozalna decyzja lekarza Stali trafi do PZM. Ekstraliga reaguje na skandal w Gorzowie

    PGE Ekstraliga planuje formalnie zgłosić do Polskiego Związku Motorowego sprawę decyzji lekarza klubu Stali Gorzów, która wywołała kontrowersje podczas ostatniego meczu. Ryszard Kowalski, wiceprezes rozgrywek, powiedział w Canal+, że federacja musi zareagować na sytuację, która dotyczy bezpieczeństwa zawodników.

    Kluczowe fakty

    • PGE Ekstraliga składa oficjalne zgłoszenie do PZM w związku z decyzją lekarza Stali Gorzów, który dopuścił Adama Bednara do jazdy po upadku.
    • Ryszard Kowalski, wiceprezes Ekstraligi, potwierdził w Canal+ rozpoczęcie procedury wyjaśniającej.
    • Trener Piotr Paluch publicznie kwestionował ocenę medyczną, sugerując, że zawodnik nie był w pełni sprawny.
    • Regulamin PZM stanowi, że lekarz ma decydujący głos przy dopuszczaniu zawodnika do startu — sędzia nie może podważyć tej decyzji.
    • Przypadki z przeszłości pokazują, że podobne kontrowersje medyczne w polskim żużlu kończyły się dyskusją o konieczności zaostrzenia procedur.

    Co wydarzyło się w Gorzowie?

    Podczas meczu Stali z Krono-Plast Włókniarzem Częstochowa Adam Bednar upadł na tor. Zawodnik był wyraźnie poobijany, a jego stan wzbudził wątpliwości wśród obserwatorów oraz sztabu szkoleniowego. Trener Piotr Paluch wyraził swoje zaniepokojenie, sugerując, że ocena lekarza klubowego nie odzwierciedlała rzeczywistego stanu zdrowia żużlowca.

    Mimo tych sygnałów lekarz Stali dopuścił Bednara do dalszej jazdy. Ta decyzja stała się przyczyną konfliktu, który teraz przenosi się na poziom związku. Kowalski zaznaczył, że zgłoszenie do PZM jest konieczne, ponieważ dotyczy fundamentalnej kwestii — czy klubowy personel medyczny zawsze kieruje się dobrem zawodnika.

    Lekarz decyduje, sędzia milczy

    W polskim żużlu rola lekarza jest kluczowa. Zgodnie z regulaminem PZM, to lekarz — a nie sędzia — podejmuje ostateczną decyzję o zdolności zawodnika do udziału w zawodach. Jeśli lekarz uzna żużlowca za niezdolnego do jazdy, ten nie jest klasyfikowany w meczu, a jego absencja może poważnie wpłynąć na wynik drużyny. Problem pojawia się, gdy diagnoza jest zbyt optymistyczna.

    Wcześniejsze przypadki w Ekstralidze pokazują, że granica między ryzykiem sportowym a zagrożeniem zdrowia bywa niebezpiecznie cienka. Głośna była sytuacja Krzysztofa Lewandowskiego z Apatora Toruń, którego dopuszczono do startu mimo zaników pamięci po upadku. Innym razem zawodnik jechał ze złamaną ręką, co wywołało pytania o sens obecności lekarzy na stadionach.

    Wstrząśnienie mózgu — osobny problem

    Regulamin medyczny PZM zawiera szczególne zapisy dotyczące wstrząśnień mózgu. Stwierdzenie takiego urazu przez lekarza oznacza automatyczne czasowe zawieszenie licencji zawodnika. To mechanizm stworzony, aby wykluczyć możliwość zlekceważenia poważnego urazu głowy. Jednak w ferworze walki o punkty i przy presji wyniku nawet te zabezpieczenia bywają niewystarczające.

    Co zmieni zgłoszenie do PZM?

    Decyzja Ekstraligi o skierowaniu sprawy do związku to sygnał, że federacja chce ujednolicić standardy orzecznictwa medycznego. Kowalski nie ujawnił jeszcze konkretnych oczekiwań wobec PZM, ale można przypuszczać, że chodzi o wyjaśnienie, czy lekarz Stali dochował należytej staranności. Jeśli eksperci związku uznają, że decyzja była nieprawidłowa, mogą zostać nałożone konsekwencje dyscyplinarne — zarówno dla lekarza, jak i dla klubu.

    Polski żużel od lat zmaga się z napięciem między wynikiem sportowym a bezpieczeństwem. Każda kontrowersja tego typu osłabia zaufanie do systemu i podważa sens istnienia procedur, które mają chronić zawodników. Zgłoszenie do PZM to krok w stronę większej przejrzystości oraz test na skuteczność nadzoru związku nad realiami ligowej rywalizacji.


    Źródła

  • Toruń o krok od złota po demolce Sparty w pierwszym finale PGE Ekstraligi

    Toruń o krok od złota po demolce Sparty w pierwszym finale PGE Ekstraligi

    PRES Grupa Deweloperska Toruń pokonała Betard Spartę Wrocław 55:35 w pierwszym meczu finałowym PGE Ekstraligi, który odbył się 20 września 2026 roku na Motoarenie. Dwadzieścia punktów przewagi przed rewanżem we Wrocławiu stawia torunian w roli faworytów do obrony mistrzowskiego tytułu.

    Kluczowe fakty

    • Toruń wygrał pierwszy finał PGE Ekstraligi z Betard Spartą Wrocław 55:35 i ma 20 punktów zaliczki przed rewanżem.
    • Mecz na Motoarenie opóźniły opady deszczu, ale zawodnicy obu drużyn stworzyli emocjonujące widowisko.
    • Rewanż odbędzie się 4 października 2026 roku we Wrocławiu, a Sparta potrzebuje dużej wygranej, aby odwrócić losy rywalizacji.
    • Torunianie w półfinale pokonali Orlen Oil Motor Lublin 106:74 w dwumeczu, co wskazywało na ich wysoką formę.

    Droga Torunia do finału

    Zespół z Torunia wszedł do finału w imponującym stylu. W półfinałowym starciu z Motorem Lublin gospodarze nie pozostawili rywalom złudzeń – rewanż na Motoarenie zakończył się wynikiem 58:32, a cały dwumecz 106:74.

    To pokazało, że torunianie są w znakomitej formie i mają apetyt na kolejne złoto. Po takim półfinale trudno było wskazać słabsze punkty w ich składzie. Sparta Wrocław przystępowała więc do finału jako underdog, choć nikt nie spodziewał się aż tak jednostronnego wyniku.

    Jak Toruń zdominował finał

    Początek meczu nie zapowiadał aż takiej przewagi. Deszcz opóźnił start zawodów, a wilgotna nawierzchnia Motoareny mogła zniwelować atut gospodarzy. Jednak szybko okazało się, że torunianie czują się na swoim owalu znakomicie.

    Od pierwszych biegów narzucili wysokie tempo i punktowali rywali konsekwentnie – zarówno w wygranych gonitwach, jak i w tych, gdzie musieli walczyć o punkty na dystansie. Sparta miała problem z dostosowaniem się do warunków. Wrocławianie notowali upadki, przegrywali starty i rzadko byli w stanie zagrozić gospodarzom na trasie.

    Efekt? 55:35 i konsternacja w obozie gości. Toruń po prostu zdominował Spartę – nie było tu przypadku ani szczęścia.

    Co musi się stać we Wrocławiu?

    Rewanż zaplanowany na 4 października stawia Spartę w trudnej sytuacji. Dwadzieścia punktów straty na własnym torze to ogromna góra do odrobienia, nawet przy wsparciu wrocławskiej publiczności.

    Sparta musiałaby wygrać różnicą co najmniej 21 punktów – a to scenariusz graniczący z cudem. Toruń może spokojnie kalkulować, kontrolować przebieg zawodów i bronić zaliczki. Jeśli nie wydarzy się katastrofa, złoto pojedzie do Torunia.

    Warto jednak pamiętać, że w żużlu nic nie jest pewne. Rok temu również były sytuacje, które wydawały się przesądzone, a potem tor weryfikował wszystko. Na ten moment torunianie mogą już powoli szykować miejsce w gablocie na kolejny puchar.


    Źródła

  • Rok pierwszych razów Kacpra Woryny. Przełamanie w SEC, na które czekał 28 turniejów

    Rok pierwszych razów Kacpra Woryny. Przełamanie w SEC, na które czekał 28 turniejów

    Kacper Woryna odniósł w sobotę swoje pierwsze zwycięstwo w rundzie Speedway Euro Championship, które miało miejsce w Rzeszowie. Reprezentant Polski w emocjonującym finale pokonał Macieja Janowskiego, Andrzeja Lebiediewa i Leona Madsena. To osiągnięcie zamyka znakomity sezon 30-latka, w którym sukcesy indywidualne przychodzą po raz pierwszy.

    Kluczowe fakty

    • Woryna wygrał w trzecim finale SEC 2026 po zaciętej rywalizacji z Maciejem Janowskim.
    • W fazie zasadniczej zdobył 16 punktów, notując wyniki: 2, 3, 3, 3, 2, 3.
    • Do triumfu potrzebował 28 turniejów w finałowych zawodach IME – dłużej czekał tylko Kai Huckenbeck.
    • Po trzech rundach jest współliderem klasyfikacji generalnej SEC z 34 punktami, ex aequo z Leonem Madsenem.
    • Wcześniej w 2026 roku zdobył Złoty Kask w Opolu i Grand Prix Niemiec w Landshut.

    Długa droga na szczyt

    Woryna nie był wcześniej znany z indywidualnych zwycięstw. Choć zdobył brązowy medal SEC w 2024 roku i Srebrny Kask w 2015, to, co wydarzyło się w tym sezonie, jest zupełnie nowym rozdziałem w jego karierze.

    Wychowanek Rybnika od kwietnia zdobywa „pierwsze razy”: Złoty Kask – pierwszy, Grand Prix Niemiec w Landshut – pierwszy, a teraz dołożył jeszcze rundę SEC.

    Finał w Rzeszowie nie był jednak łatwy. Janowski długo prowadził, ale Woryna na dystansie wyprzedził rywala i już nie oddał prowadzenia. „Kapitalna walka” – tak opisano ten bieg. Dla kibiców była to czysta przyjemność, a dla zawodnika – ulga po latach dobrych występów bez zwycięstwa.

    Siódmy Polak w elitarnym gronie

    Siódmy Polak w elitarnym gronie
    Źródło: v.wpimg.pl

    Sobotni sukces ma również znaczenie historyczne. Woryna stał się siódmym reprezentantem Polski, który w erze SEC (od 2013 roku) wygrał finałową rundę tego cyklu.

    Przed nim dokonali tego Janusz Kołodziej (cztery wygrane), Patryk Dudek (trzy), Krzysztof Kasprzak i Jarosław Hampel (po dwie) oraz Piotr Pawlicki. Dwa tygodnie wcześniej do tego grona dołączył Janowski.

    Woryna wcześniej sześciokrotnie stawał na podium turniejów SEC – dwa razy był drugi, cztery razy trzeci. Brakowało mu tylko tego jednego kroku w górę.

    Walka o mistrzostwo Europy

    Zwycięstwo w Rzeszowie ma znaczenie nie tylko prestiżowe. Dzięki 16 punktom zdobytym w fazie zasadniczej oraz wygranej w finale, Woryna awansował na pozycję współlidera klasyfikacji generalnej.

    Po trzech z czterech rund SEC 2026 sytuacja jest bardzo zacięta: Woryna i Madsen mają po 34 punkty, a Lebiediew tylko jeden mniej. Ostatnia runda cyklu zapowiada się na emocjonujący pojedynek z udziałem dwóch Polaków walczących o tytuł.

    Patrząc na cały sezon, widać, że Woryna osiągnął nowy poziom. W poprzednim cyklu SEC zajął czwarte miejsce z 39 punktami. Dziś, przed finałową rundą, jest o krok od mistrzostwa Europy.

    Jego historia pokazuje, że warto czekać na przełom w karierze, nawet jeśli wymaga to 28 turniejów.


    Źródła

  • Norick Bloedorn szczerze o przyszłości w Toruniu: „Nie mogę potwierdzić, że zostanę”

    Norick Bloedorn szczerze o przyszłości w Toruniu: „Nie mogę potwierdzić, że zostanę”

    Norick Bloedorn w końcu przerwał milczenie. Niemiecki żużlowiec przyznał, że jego przyszłość w Toruniu jest niepewna, a kluczowym czynnikiem w podjęciu decyzji będzie zapewnienie regularnych startów. W międzyczasie toczą się zaawansowane negocjacje Torunia z Mathiasem Pollestadem, które mogą wpłynąć na skład młodzieżowy na sezon 2027.

    Kluczowe fakty

    • Norick Bloedorn nie ma jeszcze podpisanego kontraktu na kolejny sezon i rozważa oferty z innych klubów, w tym z ROW-u Rybnik.
    • Toruniu intensywnie negocjuje z Mathiasem Pollestadem, co może ograniczyć miejsce dla Niemca w składzie.
    • 22-latek podkreśla, że nie chce walczyć o każdy start – priorytetem jest regularna jazda i rozwój sportowy.
    • Zawodnik odniósł się do porównań z Pollestadem, twierdząc, że różnice między nimi są minimalne.

    Rozmowy z Toruniem utknęły w martwym punkcie

    Bloedorn wyraził rozczarowanie tempem negocjacji. Mimo że klub złożył mu propozycję przedłużenia współpracy, konkretne rozmowy praktycznie się nie toczą.

    „Władze klubu nie prowadziły ze mną szczegółowych rozmów o nowym kontrakcie” – powiedział w jednym z wywiadów. To stawia go w trudnej sytuacji. Z jednej strony ma ofertę z Torunia, z drugiej – konkretne propozycje z Metalkas 2. Ekstraligi.

    Jednak ambicje 22-latka sięgają wyżej. „PGE Ekstraliga to miejsce, w którym chciałbym być” – deklaruje. Tyle że samo bycie w kadrze czołowego klubu to za mało, jeśli miałby przesiedzieć sezon na ławce.

    Pollestad zagrożeniem dla Niemca?

    Toruń buduje skład z myślą o dominacji w kolejnych latach. Mathias Pollestad ma być jednym z filarów formacji do 24. roku życia, co naturalnie wypycha Bloedorna z pierwszego planu.

    Niemiec nie ma wątpliwości. „Nie uważam, że Pollestad jest zawodnikiem o klasę wyżej ode mnie” – stwierdził, odnosząc się do statystyk. Rzeczywiście, różnice między oboma żużlowcami nie są znaczące, ale w Toruniu widzą w Norwegu większy potencjał długoterminowy.

    Bloedorn przyznaje, że obserwuje sygnały płynące z mediów społecznościowych i widzi, w którą stronę zmierza polityka transferowa klubu. Choć deklaruje chęć pozostania, nie zamierza czekać w nieskończoność.

    Regularna jazda ważniejsza niż nazwa klubu

    Dla młodego Niemca to kluczowy moment w karierze. Po kilku sezonach w PGE Ekstralidze wie, że samo nazwisko w składzie potentata nie wystarczy.

    „Najważniejsze jest dla mnie to, żeby być w składzie i jeździć co tydzień” – podkreśla. To zdanie najlepiej oddaje jego priorytety.

    Bez regularnych startów trudno o postęp. Bloedorn zdaje sobie z tego sprawę i dlatego nie wyklucza żadnego scenariusza. Decyzję podejmie po sezonie, gdy przeanalizuje wszystkie opcje. ROW Rybnik czeka, Toruń się waha, a czas płynie.

    Sytuacja jest dynamiczna i może rozstrzygnąć się dopiero po zakończeniu bieżących rozgrywek. Jedno jest pewne – Bloedorn nie pozwoli, by jego kariera utknęła w martwym punkcie.

    Co dalej z Bloedornem?

    Władze Torunia deklarują, że pierwszeństwo w rozmowach mają obecni zawodnicy. Równocześnie prowadzą jednak zaawansowane negocjacje z Pollestadem, co stawia te deklaracje pod znakiem zapytania.

    Dla Bloedorna kluczowe będzie znalezienie klubu, który zapewni mu regularne starty. Jeśli Toruń nie będzie w stanie tego zapewnić, transfer do 2. Ekstraligi stanie się realną opcją. Rynek jest specyficzny, a zawodników z ambicjami jazdy w elicie nie brakuje. Rozstrzygnięcie tej sytuacji poznamy w najbliższych tygodniach.


    Źródła

  • Damian Bełtowski triumfuje w Ostrowie, ale mistrzem Polski zostaje Franciszek Szczyrba

    Damian Bełtowski triumfuje w Ostrowie, ale mistrzem Polski zostaje Franciszek Szczyrba

    W czwartkowy wieczór na torze w Ostrowie Wielkopolskim Damian Bełtowski wygrał trzeci i ostatni finał Indywidualnych Mistrzostw Polski w klasie 500Rcc. Mimo tego, tytuł mistrza Polski przypadł Franciszkowi Szczyrbie z ROW-u Rybnik, który zdobył złoto dzięki przewadze uzyskanej w całym cyklu.

    • Damian Bełtowski – wychowanek Stali Gorzów – zwyciężył w ostrowskim finale, zdobywając 16 punktów
    • Franciszek Szczyrba z ROW-u Rybnik zajął drugie miejsce z takim samym dorobkiem punktowym, ale to on został mistrzem Polski
    • Kluczowa okazała się klasyfikacja generalna całego cyklu – Szczyrba regularnie punktował we wcześniejszych rundach i obronił tytuł sprzed roku
    • Zawody w Ostrowie były decydującą odsłoną trzyfinałowego cyklu IMP w klasie 500Rcc

    Emocjonujący finał w Ostrowie

    Ostrowski turniej dostarczył kibicom wielu emocji. Bełtowski i Szczyrba od początku narzucili wysokie tempo, a ich rywalizacja w biegu finałowym zadecydowała o podziale miejsc na podium. Obaj zdobyli po 16 punktów, a o kolejności zadecydował lepszy występ Bełtowskiego w decydującym wyścigu.

    Dla Bełtowskiego to drugie z rzędu zwycięstwo w finale IMP 500Rcc. Wcześniej triumfował w Krośnie, gdzie również pokonał Szczyrbę. Mimo to, Szczyrba zachował spokój i dzięki solidnej jeździe w całym cyklu utrzymał przewagę w klasyfikacji generalnej.

    Szczyrba – regularność kluczem do złota

    Franciszek Szczyrba od początku sezonu 2026 był uważany za głównego faworyta cyklu. Wcześniejsze zwycięstwa w Zielonej Górze i Rybniku pokazały, że jest w doskonałej formie. Nawet gdy w Krośnie musiał uznać wyższość Bełtowskiego, jego pozycja w klasyfikacji generalnej nie była zagrożona.

    W Ostrowie wystarczyło mu dowieźć wynik, co uczynił bez większych problemów. Drugie miejsce w finale zapewniło mu kolejny tytuł mistrza Polski, co oznacza, że obronił złoto zdobyte rok wcześniej.

    Obaj zawodnicy reprezentują kluby z różnych środowisk polskiego żużla. Bełtowski to produkt szkółki Stali Gorzów, jednej z najbardziej utytułowanych w kraju, podczas gdy Szczyrba jest związany z ROW-em Rybnik, który stawia na szkolenie młodzieży. Ich rywalizacja w tym sezonie pokazuje, jak silna jest polska szkółka miniżużlowa.

    Klasa 500Rcc – kuźnia przyszłych gwiazd

    Mistrzostwa Polski w klasie 500Rcc od lat są ważnym etapem w karierze młodych żużlowców. To tutaj nastoletni zawodnicy po raz pierwszy mierzą się z presją jazdy o medale w ogólnokrajowym wymiarze. Cykl składa się z trzech finałów rozgrywanych na różnych torach – od szybkiego owalu w Zielonej Górze, przez techniczny Rybnik, aż po wymagający Ostrów.

    Tegoroczna edycja potwierdziła, że rywalizacja w tej kategorii wiekowej stoi na wysokim poziomie. Szczyrba i Bełtowski udowodnili, że potrafią jeździć szybko i mądrze, umiejętnie rozkładając siły na cały cykl. Dla obu ten sezon może być trampoliną do większych sukcesów w wyższych kategoriach rozgrywkowych.

    Choć Szczyrba zdobył najcenniejszy laur, Bełtowski pokazał charakter, wygrywając dwa z trzech finałów cyklu, co dowodzi jego umiejętności w rywalizacji z najlepszymi. Ta dwójka z pewnością jeszcze nie raz spotka się na torze w walce o najwyższe cele.


    Źródła

  • Katastrofa Motoru w półfinale. Toruń zdeklasował mistrza Polski

    Katastrofa Motoru w półfinale. Toruń zdeklasował mistrza Polski

    Orlen Oil Motor Lublin zakończył swoje marzenia o obronie tytułu w dramatycznych okolicznościach. W półfinale PGE Ekstraligi 2026 mistrzowie Polski przegrali z Toruniem w dwumeczu 74:106, co stanowi ich najgorszy wynik w historii występów w elicie. W cieniu drużynowej klęski pojawił się jednak indywidualny sukces: Patryk Dudek zdobył ponad 1000 punktów z bonusami w barwach toruńskiego klubu.

    Kluczowe fakty

    • Toruń wygrał pierwszy mecz w Lublinie 48:42, a rewanż u siebie 58:32.
    • Dwumecz zakończył się różnicą 32 punktów, co jest najdotkliwszą porażką Motoru w Ekstralidze.
    • Patryk Dudek jako pierwszy zawodnik w historii klubu z Torunia zdobył 1000 punktów z bonusami.
    • Motor miał problemy z Toruniem już w sezonie zasadniczym, przegrywając łączny bilans 85:95.

    Motor przyjechał do Torunia po bolesnej lekcji z pierwszego spotkania. Przegrana 42:48 na własnym torze pozostawiła nadzieję — strata sześciu punktów w rewanżu wydawała się do odrobienia. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Gospodarze od pierwszych biegów narzucili wysokie tempo, wygrywając 58:32.

    Lublinianie nie mieli argumentów. Brakowało skuteczności na starcie, a toruńska ekipa, w szczególności Fredrik Lindgren i Emil Sajfutdinow, punktowali rywali bez litości. Wicemistrzowie świata sprzed dwóch lat nie przypominali zespołu, który jeszcze niedawno dominował w lidze.

    Historyczny jubileusz Patryka Dudka

    W trakcie toruńskiego koncertu jeden moment miał szczególne znaczenie. Patryk Dudek, zdobywając kolejne punkty, przekroczył barierę 1000 punktów z bonusami w barwach Torunia. Został pierwszym żużlowcem w historii klubu, który osiągnął ten kamień milowy.

    To ważny moment w karierze zawodnika, który od lat należy do czołówki polskich seniorów. Dudek trafił do Torunia po latach spędzonych w Zielonej Górze i od razu stał się liderem zespołu. Jego regularność na torach domowych i wyjazdowych sprawiła, że jubileusz był tylko kwestią czasu.

    Dudek zdobył punkty również w dwumeczu półfinałowym, ale to historyczne osiągnięcie stało się jedynym jasnym punktem dla torunian w kontekście indywidualnym. Drużyna koncentrowała się na awansie do finału.

    Dlaczego Motor przegrał tak wyraźnie?

    Przyczyn klęski mistrzów Polski należy szukać szerzej. Już sezon zasadniczy pokazał, że Toruń znalazł sposób na lublinian. W dwumeczu rozgrywek regularnych było 95:85 dla ekipy z Grodu Kopernika. Wtedy można było mówić o przypadku. Teraz to już wyraźny trend.


    Co poszło nie tak? Przede wszystkim liderzy Motoru — Bartosz Zmarzlik i Dominik Kubera — nie byli w stanie pociągnąć zespołu w kluczowych momentach. Na tle rozkręconego Lindgrena i Sajfutdinowa wyglądali blado. Problemy juniorów, którzy w rewanżu na toruńskim owalu praktycznie nie punktowali, również miały wpływ na wynik.

    Sztab szkoleniowy Motoru nie znalazł odpowiedzi na agresywną taktykę rywali. Zmiany w ustawieniu par nie przyniosły efektu, a próby odrabiania strat kończyły się kolejnymi upadkami i wykluczeniami. Mecz przypominał egzekucję.

    Co dalej z Motorem?

    Półfinałowa klęska z pewnością odbije się szerokim echem w Lublinie. Klub, który przez ostatnie lata przyzwyczaił kibiców do sukcesów, teraz musi przełknąć gorzką pigułkę. Pytanie, czy dojdzie do przebudowy składu, czy raczej zaufania do sprawdzonego trzonu zespołu.

    Prezes Jakub Kępa jeszcze przed sezonem podkreślał, że Motor stać na walkę o złoto. Rzeczywistość zweryfikowała te plany. Mimo wszystko warto pamiętać, że lublinianie mają młodych, perspektywicznych zawodników i solidne zaplecze finansowe. Odbudowa może potrwać sezon, ale fundamenty są stabilne.

    Dla Torunia zwycięstwo smakuje wyjątkowo słodko. Drużyna, która przez lata nie mogła przebić się do czołówki, teraz wchodzi do finału z poczuciem, że stać ją na mistrzostwo. A Dudek? Jego tysięczny punkt to tylko przedsmak tego, co jeszcze może pokazać w decydujących spotkaniach.


    Źródła

  • Zengota bez ogródek po półfinale z Betard Spartą: „Dostaliśmy obuchem w głowę”

    Zengota bez ogródek po półfinale z Betard Spartą: „Dostaliśmy obuchem w głowę”

    Fogo Unia Leszno zakończyła sezon 2026 na etapie półfinału PGE Ekstraligi, przegrywając dwumecz z Betard Spartą. Grzegorz Zengota, jeden z kluczowych zawodników leszczyńskiej drużyny, po zakończeniu rywalizacji przyznał, że rywale byli po prostu lepsi. W rozmowie ocenił postawę swojego zespołu, porównując ją do bokserskiego nokautu.

    Kluczowe fakty

    • Grzegorz Zengota stwierdził, że po pierwszym meczu półfinałowym zawodnicy Unii czuli się „skarceni” i jakby „dostali obuchem w głowę”.
    • Betard Sparta wygrała rywalizację i awansowała do finału PGE Ekstraligi, pokazując wyraźną przewagę nad leszczynianami.
    • Mimo lepszej postawy w rewanżu, Unia Leszno nie zdołała odrobić strat i zakończyła sezon na etapie półfinału.
    • Zengota podkreślił, że rywale „pokazali im miejsce w szeregu”, co oznacza wyraźną dominację jednej drużyny nad drugą.

    Bolesna lekcja w półfinale

    Pierwszy mecz półfinałowy był dla Unii Leszno zimnym prysznicem. Betard Sparta rozgromiła rywali na własnym torze, nie pozostawiając wątpliwości co do układu sił. Zengota przyznał, że po tym spotkaniu drużyna była w szoku.

    „Po pierwszym meczu byliśmy skarceni, jakbyśmy dostali obuchem w głowę” – powiedział. To mocne słowa, które pokazują, jak duża była przepaść między obiema ekipami w pierwszej odsłonie rywalizacji. Wrocławianie od początku narzucili swoje warunki i nie dali leszczynianom nawet cienia nadziei.

    W żużlu określenia takie jak „pokazanie miejsca w szeregu” są używane w takich sytuacjach. Oznaczają one, że jedna drużyna całkowicie dominowała nad drugą.

    Rewanż dał nadzieję, ale było za późno

    Drugi mecz, który odbył się w Lesznie, ułożył się zdecydowanie lepiej dla gospodarzy. Unia postawiła się Betard Sparcie i wygrała to spotkanie, co było pewnym zadośćuczynieniem za wcześniejszy blamaż. Zengota i jego koledzy udowodnili, że stać ich na walkę z najlepszymi.

    Jednak przewaga wypracowana przez wrocławian w pierwszym meczu była zbyt duża. Mimo zwycięstwa w rewanżu to Betard Sparta cieszyła się z awansu do finału. Leszczynianom pozostał niedosyt i świadomość, że kluczowe okazało się to pierwsze, fatalne spotkanie.

    Co dalej z Zengotą?

    Co dalej z Zengotą?
    Źródło: v.wpimg.pl

    Wypowiedź Zengoty pojawia się w interesującym momencie jego kariery. Według doniesień medialnych czas doświadczonego zawodnika w Unii Leszno dobiega końca. Klub nie planuje przedłużyć z nim kontraktu na sezon 2027, co oznacza, że po czterech latach startów w barwach „Byków” będzie musiał szukać nowego pracodawcy.

    Ta sytuacja dodaje dodatkowego ciężaru jego słowom. Półfinałowa porażka mogła być jednym z ostatnich ważnych meczów Zengoty w leszczyńskiej drużynie. Zawodnik nie ukrywał rozczarowania, ale też nie szukał wymówek. Uznał wyższość rywali i przyznał, że Betard Sparta była po prostu lepsza.

    Sparta faworytem do złota?

    Betard Sparta po raz kolejny pokazała, że należy do ścisłej czołówki PGE Ekstraligi. Pewny awans do finału, zwłaszcza po tak dominującej pierwszej odsłonie, stawia wrocławian w roli głównych kandydatów do mistrzostwa Polski. Drużyna prowadzona przez doświadczonych liderów udowodniła, że potrafi narzucić swój styl nawet tak renomowanemu rywalowi jak Unia Leszno.

    Dla Zengoty i jego kolegów ta lekcja może być punktem zwrotnym. Unia będzie musiała odbudować się po nieudanym półfinale i przygotować do nowego sezonu. A sam Zengota, jeśli faktycznie opuści Leszno, stanie przed wyzwaniem udowodnienia swojej wartości w nowym otoczeniu.


    Źródła