Światowy żużel nad przepaścią. Prezes PGE Ekstraligi ma plan ratunkowy

Brytyjska Premiership, która dla wielu z nas przez lata była mekką speedwaya, w 2026 roku wystartuje w składzie… pięciu drużyn. Tak, dobrze czytacie. Pięć zespołów. To właściwie nie jest już liga, to bardziej przypomina jakiś lokalny turniej towarzyski rozciągnięty na kilka miesięcy. A przecież mówimy o kraju, gdzie kiedyś na Wembley przychodziło 90 tysięcy ludzi, żeby oglądać żużlowe szaleństwo.

Smutny krajobraz na Wyspach

Sytuacja jest dramatyczna, a diagnoza, którą stawiają sami Brytyjczycy, brzmi dość brutalnie: po prostu nie ma kim jechać. Robert Lyon, menedżer King's Lynn Stars, wylał kubeł zimnej wody na głowy tych, którzy marzyli o połączeniu dwóch brytyjskich lig w jedną superligę.

Nie widzę takiej możliwości. Ze względu na liczbę dostępnych zawodników, liga musi być dwupoziomowa – stwierdził Lyon.

Większość żużlowców na Wyspach musi stosować tak zwany "doubling-up", czyli jazdę w obu klasach rozgrywkowych jednocześnie. Lyon otwarcie przyznaje, że tego nie znosi i uważa to za "zło konieczne", ale bez tego nie udałoby się w ogóle skompletować składów. W latach 70. czy 80. Premiership (wtedy British League) liczyła nawet 19 zespołów. Dzisiaj mamy garstkę: King's Lynn, Belle Vue, Ipswich, Leicester i Sheffield.

Polska jako samotna wyspa bogactwa

Kiedy spojrzymy na mapę światowego żużla, wygląda to trochę jak krajobraz po bitwie, gdzie ostał się tylko jeden zamek – Polska. U nas, dzięki pieniądzom z Canal+ i ogromnemu zainteresowaniu kibiców, PGE Ekstraliga clubs typically operate with budgets in the 20-30 million PLN range, supported by TV deals like Canal+; exact figures vary by club and require annual financial disclosures. Zawodnicy zarabiają krocie, a nawet w najniższej lidze (KLŻ) chętnych do jazdy jest więcej niż miejsc.

Co dzieje się gdzie indziej?

  • Szwecja: liga trzyma poziom tylko dzięki armii zaciężnej z Polski.
  • Dania: rozgrywki półamatorskie.
  • Australia: mimo świetnych zawodników (Doyle, Holderowie), ligi w ogóle nie ma.

To prowadzi do chorej sytuacji, w której cały światowy żużel wisi na polskiej kroplówce finansowej. Młodzi chłopcy z Australii czy Danii nie marzą o byciu mistrzami u siebie – oni chcą kontraktu w Polsce, bo tylko tu da się z tego żyć.

Radykalne cięcie prezesa Stępniewskiego

Tutaj dochodzimy do najciekawszej części. Wojciech Stępniewski, prezes PGE Ekstraligi, włączył się do dyskusji na portalu X (dawnym Twitterze) i poparł dość rewolucyjny pomysł, który wysunął Krzysztof Dziamski (autor książek o historii brytyjskiego żużla). Chodzi o zasadę: jeden zawodnik = jedna liga.

Absolutna zgoda. Dawno nic tu żużlowo mądrzejszego nie czytałem. Powiem dalej, w myśl tego co pan pisze, z czym się zgadzam, w całym światowym, ligowym speedwayu powinna być ta zasada – napisał Stępniewski.

Brzmi to drastycznie, prawda? Ale ma to głęboki sens. Obecnie najlepsi zawodnicy to prawdziwi globtroterzy – w poniedziałek jadą w Anglii, we wtorek w Szwecji, w środę w Danii, a w weekend w Polsce. Blokują miejsca w składach, przez co lokalni juniorzy w innych krajach nie mają gdzie jeździć i kończą kariery, zanim te na dobre się rozpoczną.

Plan wdrażany krok po kroku

To nie są tylko czcze gadki na Twitterze. PGE Ekstraliga już powoli dokręca śrubę. Kilka lat temu wprowadzono limit startów w maksymalnie dwóch ligach (wliczając Polskę). Ale prawdziwa rewolucja szykuje się od sezonu 2027.

Zgodnie z planami, zawodnik podpisujący kontrakt w PGE Ekstralidze lub Metalkas 2. Ekstralidze będzie mógł związać się tylko z jednym klubem zagranicznym. To kolejny krok w stronę modelu wyłączności.

O co w tym chodzi? Jeśli zabierzemy zagranicznym ligom łatwy dostęp do gwiazd, będą musiały (chcąc nie chcąc) postawić na szkolenie własnej młodzieży. Poziom na początku spadnie – to pewne – ale długofalowo może to uratować dyscyplinę przed całkowitym wyginięciem poza granicami Polski.

Marzeniem prezesa Stępniewskiego jest stworzenie w przyszłości czegoś na wzór piłkarskiej Ligi Mistrzów – europejskich pucharów, gdzie rywalizowałyby najlepsze kluby z różnych krajów. Ale żeby to miało sens, te inne kraje muszą mieć w ogóle kim jechać. Na razie, patrząc na brytyjską mizerię z pięcioma drużynami, brzmi to jak science-fiction, ale być może terapia szokowa to jedyna szansa dla tego sportu.

Źródła

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *